Kłamstwo z orzeszkami

jak rozpoznać kłamcę?

Słowem wstępu, to nie tak, że nigdy nie zdarzyło mi się odrobinkę podlukrować swojej opowieści. Dodać burzę z piorunami do historii rodem z horroru. Wymigać się od spotkania z powodu szalejącej po moim osiedlu egzotycznej odmiany grypy żołądkowej, a winę za spóźnienie do pracy zwalić na korki. Choć obydwoje dobrze wiemy, że po prostu zignorowałam dźwięk budzika. Pięciokrotnie.


Drobne kłamstewka są w nas niejako wpisane, to część naszego języka, część naszych zachowań i choć niektórych z Was te dane mogą zbulwersować, fakty mówią same za siebie: człowiek kłamie od dwóch do… dwustu razy dziennie. I w zasadzie, dopóki kłamstwa ograniczają się do nie mam drobnych, jestem pewna, że kasowałam bilet, świetnie wyglądasz, nie ma w nich nic złego. No bo właściwie dlaczego miałabym tłumaczyć pani w sklepie, że tak naprawdę to mam siedem złotych i dwadzieścia osiem groszy, ale wkrótce będę ich pilnie potrzebowała przy automacie z kawą?

Problem pojawia się wtedy, gdy za sprawą kłamstw chcemy wykreować swój wizerunek i sprawić, żeby ludzie widzieli nas innymi, niż w rzeczywistości jesteśmy.

Stefanię poznałam kilka lat temu, kiedy to obydwie, skuszone wysokimi zarobkami i możliwością rychłego awansu na stanowisko menadżerskie, trafiłyśmy do niewielkiego biura na peryferiach miasta, po brzegi wypełnionego stanowiskami do telemarketingu. Wydawała się być jedyną z najnormalniejszych osób w tym przybytku, a kiedy zaproponowała, że po pracy odwiezie mnie do domu, byłam już pewna, że zostaniemy korpokoleżankami.

Podwiozła mnie pod sam blok i, mimo że droga trwała zaledwie pięć minut, zdążyłam dowiedzieć się o niej więcej, niż o niejednej znajomej podczas pięcioletnich studiów. Podobnie było dnia następnego, kiedy o siódmej zero pięć usadowiłam się na przednim siedzeniu jej czerwonej Corsy. Tym razem jednak opowieść o problemach alkoholowych jej dziadka od strony ojca przerwał dzwonek telefonu (mogłabym przysiąc, że na ekranie jej smartfona dostrzegłam napis ALARM!).

– Aha. No. Tak. Tak. Mów dalej – Stefania przybrała przerażony wyraz twarzy, a ja starałam się wysilić umysł i usłyszeć, co takiego zakomunikował głos po drugiej stronie.

– To mi wygląda na przestępstwo na tle seksualnym. Musicie ją stamtąd wyciągnąć jak najszybciej. Na tym etapie nie mogę powiedzieć nic więcej. Zadzwoń do mnie, jak będziesz znał więcej szczegółów! – w tym momencie przypomniałam sobie, jak szybko rozwikłałam ostatnią zagadkę z Sagi o Fjällbace Camillli Läckberg i obudził się we mnie instynkt detektywa, przez który zupełnie zapomniałam o tym, że cała sprawa najprawdopodobniej nie istnieje.

Stefania sprawnie zmieniła pas po czym spojrzała na mnie i poważnym głosem oświadczyła, że nie powinnam słyszeć tej rozmowy, bo świadczy to o jej niekompetencji. Że dzwonił do niej agent specjalny WWG (lub jakichkolwiek innych trzech wielkich liter), czyli odpowiednik amerykańskiego FBI. Prosił ją o pomoc w śledztwie, a ja jestem zobowiązana do tajemnicy i najlepiej będzie jak obydwie zapomnimy o całej sprawie.

Pracowałam tam jeszcze dwa tygodnie podczas których przywoziła i odwoziła mnie do pracy. Wierzcie lub nie, w jej życiu codziennie zdarzało się coś, co byłoby niezłym materiałem na film. Od kryminału po wenezuelską telenowelę. Już trzeciego dnia wyznała mi największą tajemnicę swojego życia (to mnie akurat nie dziwiło, łączyła nas w końcu sprawa tajemniczego zabójstwa młodej kobiety): jej mąż nie był ojcem ich/jej kilkuletniego syna. Przyjęłam tę wiadomość ze spokojem i empatią, ale według niej – chyba ze zbyt małym entuzjazmem, bo już następnego dnia biologiczny ojciec jej dziecka miał rzekomo pozwać ją o uregulowanie kontaktów z synem.

Ostatniego dnia mojej pracy, przez duże korki w tej części miasta ( 😛 ), dotarłam do biuro dopiero o 9.30, czyli idealnie na pierwszą przerwę. Na kamiennym balkonie stali wszyscy ludzie z pracy, włącznie z naszym team menadżerem. Stefania, widząc mnie w drzwiach, wydała z siebie stłumiony szloch, po czym rzuciła mi się w ramiona.

– Biologiczny ojciec małego wczoraj próbował go porwać!

*

Walerię poznałam kilka miesięcy później i już po kilku rozmowach dała się poznać jako osoba z niezłomnymi zasadami lub, jak sama wolała się określać: niezwykle dojrzała emocjonalnie. Wkrótce potem urządzaliśmy małe przyjęcie integracyjne i każdy z nas miał przynieść jakąś przekąskę. Wiecie, coś niezobowiązującego i smacznego – jak koreczki, urocze małe kanapeczki albo faszerowane jajka. Nigdy nie byłam mistrzem głównych dań, podobnie zresztą jak przekąsek, dlatego zrobiłam sałatkę z tego, co akurat miałam w lodówce. A że nie jestem jedną z tych kobiet, które zupełnie przypadkiem mają pod ręką jarmuż, grana padano i brazylijską odmianę bezglutenowych pistacji, składała się głównie z makaronu, majonezu i kilku ogólnodostępnych warzyw. Kiedy zamykałam swoje kulinarne arcydzieło w pojemniczku, niespodziewanie zadzwoniła do mnie Waleria. Gadka o tym, o czym zazwyczaj gada się przed imprezą, coś w stylu: Czy cieliste rajtki zimą to nie przesada? Myślisz, że wszyscy jedzą makaron? Czytałaś ostatnią rozprawę Kanta?

Wtem miły small talk przerwał nam jej dziki okrzyk.

– Walerio, czy wszystko w porządku? – zapytałam zaniepokojona.

– Tak, tak. Robię właśnie ciasteczka z orzeszkami na imprezę i poparzyłam się o blachę! – westchnęłam ze zrozumieniem i spojrzałam na bliznę na swojej dłoni. Każdego dnia przypominała mi o tym, żeby trzymać się z dala od piekarnika, jeśli nie jest to absolutnie konieczne.

W drodze na imprezę uraczyła mnie trzema zabawnymi historiami z ciasteczkami w roli głównej i nawet zrobiło mi się trochę głupio, że ja i moja sałatka z majonezem nie mamy zbyt wielu wspólnych wspomnień. Do czasu aż nie położyła ich na stole. Wtedy je zobaczyłam. Idealnie rumiane, każde równej wielkości. Przepyszne ciasteczka, które niejednokrotnie uratowały mi życie podczas PMS.

Kupione w osiedlowej piekarni.

*

No, to teraz Twoja kolej! Jakie było najbardziej absurdalne kłamstwo, jakie usłyszałeś? 

Podobało Ci się? Podaj dalej!

NIECH SIĘ NIESIE!