Horror w adidasach

Nienawidzę uprawiać sportu

– A Ty, jak się czujesz? – jest to jedyne pytanie, jakie przychodzi mi do głowy podczas rozmowy z ciężarną, dlatego nadużywam go przy okazji każdej rozmowy, za wszelką cenę starając się sprawiać wrażenie zaangażowanej. Bo w pewnym wieku wypada.

– Wszystko w porządku, tylko że… – mojej rozmówczyni łamie się głos, a ja czuję, że oto właśnie nadszedł mój moment. Magiczna chwila, podczas której nareszcie będę mogła służyć radą. I nagle przeczytanie tych wszystkich książek w życiu okazuje się być zasadne, bo to właśnie ja, w pozornie zwykłe lutowe przedpołudnie, będę odpowiedzią na wszystkie bolączki młodych matek w tym kraju.

– Po prostu nie mogę się doczekać, aż będę mogła się trochę poruszać. Wiesz, pobiegać albo coś w tym rodzaju… – i już wiem, że jedyne, co teraz mogę zrobić, to zręcznie zmienić temat. Mentorką stanę się w przyszłym tygodniu.

Co prawda ciężko mi to pojąć, ale istnieją na tym świecie ludzie, dla których aktywność fizyczna jest czymś tak oczywistym, jak mycie zębów. Nie muszą sporządzać długich list za i przeciw, nie potrzebują sesji z psychoterapeutą ani też niezwłocznego kontaktu z wewnętrznym głosem, który wskaże im właściwą drogę. Po prostu to robią. Kupują karnet do fitness klubu, umawiają kolejną partię squasha albo ubierają buty do biegania. Jak gdyby nigdy nic.

Osobiście migam się od sportu od kiedy tylko pamiętam. Rodzice, chcąc zapobiec nadchodzącej katastrofie, wykorzystali wszystkie swoje znajomości, żeby zapisać mnie do klasy sportowej. Moje miejsce mógł zająć przyszły mistrz olimpijski albo przynajmniej ktoś, kto nie doświadcza stanów agonii przy pierwszym okrążeniu, jednak los i komisja egzaminacyjna byli jednogłośni – przez trzy lata podstawówki byłam skazana na DWIE GODZINY WF-u dziennie. Udało mi się przeżyć chyba tylko dzięki temu, że część zajęć przepadało ze względu na zawody sportowe. A że nigdy nie wzięłam w żadnych udziału… Jako jedna z trzech osób w klasie… 

W gimnazjum WF miałam z własną matką chrzestną, cudowną kobietą, po której odziedziczyłam bezwarunkową wiarę w drugiego człowieka. Jednak nawet jej wiara okazała się niewystarczająca, jeśli chodziło o moje umiejętności sportowe, choć, co trzeba jej przyznać, próbowała absolutnie wszystkiego. Włącznie z tym, że w okolicach trzeciej klasy odkryła we mnie talent do rzucania dyskiem. Ja jednak już wtedy byłam głosem tych, którzy bardziej od igrzysk cenili wino, dlatego zaczęłam korzystać z każdej nadarzającej się okazji, by zgłosić niedysponowanie.

Lata mijały. Zdążyłam kilka razy zakochać się na zabój i odkochać w zupełnie podobnym tonie, zdać maturę, pójść na studia, przytyć i kupić karnet na zajęcia fitness. Z długiej listy zajęć do wyboru miałam całą serię, która brzmiała jak średniowieczne tortury. I aerobik.

Na tle pozostałych zajęć wydawał się taki niewinny, delikatny, znajomy, że zapisałam się na całe dwa tygodnie do przodu. I właściwie nie było tak źle, nie licząc faktu, że za każdym razem, kiedy naoliwiony prowadzący krzyczał z werwą: PRAWA, wszystkie panie na sali, rzecz jasna oprócz mnie, obracały się w lewo. Do domu wracałam z poczuciem niesprawiedliwości i jedyne czego w tym momencie chciałam, to zwrotu moich pieniędzy za dziesięć zajęć, które opłaciłam z góry.

W międzyczasie przyszła moda na Chodakowską, którą początkowo z powodzeniem udawało mi się ignorować. Do sieci wpłynęły filmiki Mel B, przez którą omal nie stałam się rasistką. Ludzie zaczęli wariować na punkcie jogi, która, ku mojemu zdziwieniu, wcale nie była piosenką Björk. 

Poznałam też Karinę, która prowadzi w Rybniku najlepszy pilates na całym świecie.

A w tym tygodniu wykupiłam karnet do fitness klubu w Krakowie. Bo może tym razem, może do pewnych rzeczy trzeba po prostu dorosnąć.

Jak myślicie?

 

 

Podobało Ci się? Podaj dalej!

NIECH SIĘ NIESIE!