I love You, honey bunny, czyli ksywki w związkach

– Nie zgadniesz, jak moja matka zakończyła naszą rozmowę telefoniczną! – wtedy jeszcze nie sądziłam, że rzeczywiście mogę nie zgadnąć.

– No, niech pomyślę… Nara gitara? Do zo? Pa pa całuski sto dwa?

– Nie. Powiedziała, żebym pozdrowiła swojego szczurołapka.

– Szczurołapka? Dlaczego nazwała Twojego świeżo upieczonego męża szczurołapem? Przecież to okropne!

– Szczurołapkiem!

– Mówiłaś, że się polubili. Zresztą… nawet jeśli by się nie polubili, to nazywanie kogoś szczurołapem, choćby i w wersji zdrobnionej, raczej do standardu nie należy. 

– Przejęzyczyła się. Okazało się, że chodziło jej o myszoskoczka.

– O myszoskoczka? A co niby mają do tego myszoskoczki?

Ksywki w związkach, mówi Ci to coś? Nasza to myszoskoczek! 

Tak, są na tym świecie ludzie, którzy swoją drugą połówkę nazywają myszoskoczkiem. Ale to jeszcze nic w porównaniu z banankiem, jak zwykł mówić do mnie mój własny, prywatny mąż w czasach, kiedy był jeszcze prywatnym narzeczonym. Albo z buraczkiem, słodziaczkiem, konisiem, borsuczkiem,  krasnalkiem, drobinką, śnieżynką, miętuskiem i wiejskim ziemniaczkiem.

Z psychologicznego punktu widzenia używanie tego typu określeń jest oznaką zaufania i zażyłości, codziennym sposobem na okazanie miłości i przywiązania. To takie kocham Cię w cukrowej posypce, które, jak się okazuje – uzależnia całkiem podobnie do cukru. Wiele par tak bardzo przyzwyczaiło się do tych słodkich zwrotów, że kiedy słyszą z ust drugiej połówki swoje imię, czują się wręcz zaniepokojeni. Pełne imię to dla nich zapowiedź  wiszącej w powietrzu kłótni albo chociaż poważnej rozmowy.

Ale i to nie jest regułą.

Moja przyjaciółka nazywa pieszczotliwie swojego narzeczonego kotkiem

Kotku, podaj mi serwetkę. Kotku, wychodzę zadzwonić. Co robimy wieczorem, kotku? Kotku, zmówiłam Ci burgera.

Kiedyś byłam świadkiem małej sprzeczki tych dwoje, podczas której kotek na zawsze zmienił swoje oblicze. W kulminacyjnym momencie kłótni ona ostentacyjnie wstała i krzyknęła: Kot, natychmiast przestań! Nie muszę chyba dodawać, że od tej pory niepozorny Józef stał się dla mnie po prostu kotem, choć do romantycznej relacji trochę nam brakuje.

Zastanawiam się, czy w Waszych kłótniach słodkie misiaczki przeobrażają się w krwiożercze niedźwiedzie, słoneczka stają się kulami gazowymi, a pszczółki to błonoskrzydłowe owady? O ile świat byłby piękniejszy, gdyby tak było, prawda?

W temacie ksywek zastanawia mnie również  ich wyłączność. Wiadomo, ludzie rozstają się, wchodzą w nowe związki, czasem znów się rozstają, potrafią to robić w nieskończoność. Jak dla mnie każda nowa dziewczyna powinna dostać swoją unikatową ksywkę. Nie chciałabym być jedenastym pingwinkiem i siódmą gwiazdeczką, a Wy?

Jeszcze w czasach gadu-gadu miałam chłopaka, który, jak się okazało, oprócz mnie napastował czułymi SMS-ami przynajmniej dwie inne dziewczyny. Zorientowałam się, kiedy napisał do mnie niemalże identyczne dwie wiadomości. W obydwu pytał, jak się czuję, nazywając (mnie/nas) miśkiem. Z jednej strony to oczywiście bardzo szlachetne i wygodne, bo kiedy ustawiał na gg opis: Tęsknię za Miśkiem, uszczęśliwiał nie jedną, a trzy kobiety. Z drugiej – mógł wysilić się na jakiegoś kurczaczka, bo choć nie pamiętam jak miał na nazwisko, misiek zapadł mi w pamięć bardzo głęboko.

Niestety, jego ignorancja wcale nie była wyjątkiem. Kilka lat później zapytałam mojego przyjaciela, skąd wzięła się mycha, którą tak ochoczo tytułuje swoją ukochaną. W odpowiedzi wzruszył ramionami i powiedział, że nazywa tak każdą swoją dziewczynę. 

A jakie Wy macie doświadczenia z tego typu ksywkami? Słodzicie w swoich związkach czy stawiacie na profesjonalizm? I co najważniejsze – uzurpujecie sobie prawo do  danego przezwiska?

 

 

Podobało Ci się? Podaj dalej!

NIECH SIĘ NIESIE!