Komu pomagasz?

To miał być piękny czas.

Po pięciu latach z jerami, Nadobną Paskawliną i głoskami zwarto-wybuchowymi przeprowadzka do nowego miasta była jak zapowiedź wielkiej przygody. Wystarczyło przybyć, zobaczyć i zwyciężyć.

Problemy zaczęły się już przy pierwszym punkcie, kiedy okazało się, że jedna czwarta życia nijak nie chciała zmieścić się do pięciu walizek, wiklinowego koszyka i reklamówki z Ikei. Z zobaczeniem poszło stosunkowo łatwo, bo było na co popatrzeć, a jeśli chodzi o zdobycie…

Nowe miasto oferowało całkiem przyzwoity rynek z kilkoma niezłymi miejscówkami, niezliczoną ilość rond i lasów, fontannę z efektami świetlnymi i rozmowy do rana. Było na tyle duże, żeby mieć kilka opcji na sobotni wieczór, a jednak tak niewielkie, że z kina w centrum można było wrócić na piechotę. Miasto do życia.

Miało tylko jedną wadę. Pracodawcom, u których chciałam pracować, nie w głowie było mnie zatrudnić.

Moje plany były więcej niż ambitne. Miałam napisać powieść, pierwsze promienie słońca codziennie witać w pozycji VIRABHADRASANY, nauczyć się gotować, przeczytać całą klasykę – po prostu zająć się sobą. Nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy. Jeśli mam być szczera, moim głównym zajęciem było marnowanie czasu.

Któregoś dnia podczas spaceru, który mijał w tonie cojadocholeryrobięzeswoimżyciem, zobaczyłam, że za ogrodzeniem bawi się grupka dzieciaków w różnym wieku. Nie więcej niż pięćset metrów od mojego domu znajdował się Dom Dziecka. Tak zostałam wolontariuszką. 

Wiadomo, wolontariat to nie praca. Pomijając kwestię wypłaty, było to tylko kilka godzin tygodniowo, a jednak z perspektywy czasu wiem, że w tamtym momencie nie mogło mi się przydarzyć nic lepszego. Bo wiecie, pomaganie to frajda.

Oprócz tego, że brałam czynny udział w zbawianiu świata, przez zupełny przypadek wybawiłam też siebie. Spojrzałam na moje życie z zupełniej innej perspektywy, zaczęłam doceniać to, co mam, czułam, że biorę udział w czymś bardzo, bardzo ważnym, choć, bądźmy szczerzy, to było tylko pomaganie dzieciakom z polaka. Nic wielkiego. Nic, co wymagałoby ode mnie ogromnego nakładu pracy lub pieniędzy. Ot, kilka chwil poświęconych drugiej osobie.

I właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Czujesz, że masz w sobie trochę dobra, które chciałbyś porozdawać po ludziach? To wcale nie muszą być wielkie rzeczy. Nie musisz od razu wyjeżdżać do Syrii, a mieszkania po babci zrzec się na rzecz edukacji dla Afryki, żeby zmieniać świat na lepsze. Wystarczy, że rozejrzysz się po najbliższej okolicy, a zapewniam Cię, że znajdzie się sporo osób, które potrzebują Twojej pomocy.

Każdy z nas ma do zaoferowania coś innego. Niektórzy mogą poświęcić kilka godzin swojego czasu, inni – wpłacić parę groszy, przewieźć coś, oddać kilka ciuchów, pomóc w lekcjach albo zakupach, po świętach oddać jedzenie tym, dla których to nie będzie siódmy kawałek serniczka i dwudziesty czwarty pieróg. Lista możliwości jest nieograniczona, wszystko w Twoich rękach.

Dobrze jest robić dobre rzeczy nawet wtedy, kiedy są one całkiem maleńkie. A może przede wszystkim wtedy?

Koniecznie dajcie znać, jak jest u Was! Angażujecie się w sprawy społeczne, a może dopiero macie taki zamiar?

 

 

Podobało Ci się? Podaj dalej!

NIECH SIĘ NIESIE!