Jaką moc ma komplement?

To był jeden z tych dni, przez które ludzie nienawidzą poniedziałków. Mój budzik nie skumał ironii i zamiast po ludzku włączyć drzemkę, wyłączył się, co dokumentnie pogrzebało moje szanse na poniedziałkowe nastrajanie się na cały tydzień. Nie mogłam znaleźć smyczy Ambrożego, który uznał to za pretekst do ganiania za każdym wózkiem w zasięgu trzystu metrów.

Z moich kryzysowych skarpetek w liski została tylko jedna i skończyła mi się kawa rozpuszczalna. Resztkami sił, nerwowo zerkając na zegarek, wsypałam kilka łyżeczek arabiki do kawiarki. Po chwili cały dom wypełnił się aromatem parzonej kawy i dumy z uratowanego poniedziałku. Zdjęłam dzbanuszek z ognia i przechyliłam go prosto do mojego ulubionego kubka, jednak nie wyleciała z niego ani kropelka. Ktoś nie założył z powrotem uszczelki po wyjęciu ze zmywarki, a ja, jeśli nie chcę się spóźnić, muszę wyjść za jakieś pięć, o już cztery, cztery minuty.

Jakimś cudem udało mi się dotrzeć na przystanek, ale zorientowałam się, że miesięczny skończył mi się dokładnie w zeszły piątek. Złotówka, dwie, trzy. Jeszcze osiemdziesiąt groszy. Wydaje mi się, że w małej kieszonce torebki miałam jakieś drobne. Są. Wybieram bilet, wrzucam drobne i automat wydaje mi… pół biletu. Kasuję ten żenujący świstek i idę do kierowcy poinformować go o fakcie, że automat robi sobie z ludzi jaja. Kierowca z rozbrajającym uśmiechem tłumaczy mi, że w razie kontroli mój bilet może zostać uznany za nieważny, bo choć widać numer pojazdu, brakuje drugiej połówki z datą i godziną. No i że powinnam kupić drugi bilet, tym bardziej, jeśli mam przesiadkę. Oczywiście mam przesiadkę, ale nie mam drobnych, więc zakup nowego biletu nie wchodzi w grę.

Siadam obok kobiety, który żegna się przy każdej kapliczce, licząc na to, że też nie ma biletu i modli się o to, żeby nie było kontroli. Jestem naprawdę wkurzona. Na szczęście wjeżdżam w rejony, których unikają nawet kanary, więc nie muszę co chwilę zerkać na drzwi w gotowości do ewentualnej ucieczki.

Na przeciwko mnie siada blondynka w jeansowej sukience. Pachnie bzem i fioletową mgiełką z Victorii Secret, wielkie bransoletki na jej nadgarstkach brzęczą za każdym razem, kiedy się porusza. Chwilę mi się przygląda po czym mówi:

– Jejku, przepraszam, że panią zaczepiam, ale ma pani naprawdę piękny kolor oczu!

I tylko tyle. Tyle wystarczyło, żeby uratować mój poniedziałek.

Myślę sobie, kurde, mam jeszcze tyle czasu, że spokojnie zdążę wypić kawę w pracy. Pies się rano wyszalał, jest szansa, że nie zje dzisiaj żadnego pilota. A ta historia z biletem – wyborna! Pokażcie mi drugą osobę, której automat wywinął taki numer.

Komplementy są jak kwiaty. Nie znam osoby, która nie lubi dostawać kwiatów, podobnie zresztą jak osoby, która nie lubi słuchać komplementów. To takie kinder niespodzianki dla dorosłych. A jednak byłam zdziwiona. W czasach wszędobylskiego hejtu usłyszeć coś miłego od zupełnie obcej osoby to naprawdę coś.

Osobiście jestem jedną z tych osób, które podchodzą do życia dość… entuzjastycznie. Często zdarza mi się powiedzieć lub napisać komuś coś miłego. Jeśli coś mi się podoba, lubię o tym pokrzyczeć. Druga sprawa, że choć dużo gadam, niewiele rzeczy umyka mojej uwadze. Nie widzę więc powodu, dla którego miałabym nie wyrazić swojej aprobaty dla nowej fryzury albo świetnego stylu, jeśli już zdarzyło się, że je dostrzegłam.

A jednak sama nieczęsto słyszę miłe słowa.

Mogłabym zrzucić to na kiepski look, dlatego zapytałam kilka koleżanek o to, jak często słyszą komplementy.

I wiecie co?

Prawie żadna nie potrafiła przypomnieć sobie, kiedy ostatnio jakiś usłyszała.

Prawie każda lubi komplementy na równi z kwiatami.

Prawie każda pamięta, kiedy ktoś zupełnie niespodziewanie powiedział jej coś miłego, nawet jeśli od tego momentu upłynęło sporo czasu.

Zastanawiam się, dlaczego krytyka przychodzi nam łatwiej, niż ciepłe słowa? Dlaczego tak trudno przychodzi nam zaaprobowanie czegoś, podczas gdy hejt leje się strumieniami gdziekolwiek by nie spojrzeć?

Dziś znowu poniedziałek. I tak sobie myślę, zupełnie niespodziewanie zrobię komuś dzień dobry. Kto jest z mną?