Czym jest szósty zmysł?

Za pierwszym razem płynęłam do Ameryki statkiem. Nigdy nie zapomnę kojącego szumu Atlantyku i widoku Statuy Wolności, która miarowo wyłaniała się zza mgły. W powietrzu unosił się zapach spełnionych marzeń (dla niewtajemniczonych – pachną podobnie do nieprodukowanych już perfum Lancôme Forever), który, w połączeniu z morską bryzą, przyprawiał mnie o rozkoszne zawroty głowy.

Drugi raz poleciałam samolotem. Uwierzcie – jeśli istnieje perfekcyjny błękit, został stworzony na specjalnie zamówienie dla nieba na zachodnim wybrzeżu.

Jednak najbardziej spektakularny był trzeci raz, bo znalazłam się w samym sercu Central Parku. Miejsca wszędobylskiego luzu, kolorowych pasemek, hot dogów i jogi dla staruszków. Zieloności trawy, której nie stworzy żaden instagramowy filtr i śmiechu we wszystkich językach świata.

Za każdym razem, kiedy śnią mi się Stany, następnego dnia dostaję pracę.

To właśnie dzięki przeczuciom, którym portugalski profesor neurologii behawioralnej, Antonio Damásio, nadał nazwę markery somatyczne, zdarza nam się wiedzieć coś, czego nie potrafimy wyjaśnić za pomocą racjonalnych argumentów.

Naukowe wytłumaczenie tego zjawiska zakłada, że u jego podstaw leży nieświadome kumulowanie doświadczeń. Tak zwany szósty zmysł znajduje się w niewielkiej części przodomózgowia i zakłada, że doświadczenia zapisują się w ścieżkach mózgu już od pierwszych chwil naszego życia. Pamiętanie tego wszystkiego na co dzień byłoby murowanym obłędem, dlatego mamy do nich dostęp tylko w przełomowych momentach naszego życia. Mózg analizuje zapisane informacje, przypominając nam o skutkach podobnych zdarzeń, których doświadczyliśmy w (nawet bardzo dalekiej) przeszłości, generując emocje. 

Na konkursach nigdy nie musiałam czekać na werdykt jury, żeby poznać wyniki. Wiercenie w brzuchu oznaczało, że nie poszło mi najlepiej, za to kiedy swędział mnie język… O tak, swędzenie języka zawsze oznaczało powodzenie. Pamiętam, jak pojechałam z tatą na ogłoszenie wyników konkursu recytatorskiego, w szkole dostałam informację, że nie udało mi się zająć żadnego miejsca, ale chciałam zobaczyć, które występy najbardziej podobały się jury. Usiedliśmy w jednym z ostatnich rzędów, a ja poczułam, że po języku przechadza mi się stado mrówek. Szkoła nie miała racji. Moja intuicja – owszem.

Ale przecież podobnych historii słyszy się milion! Co ciekawe, każda z nich ma jedną cechę wspólną. Rozpoczyna się od słów: może Wam się to wydawać śmieszne, ale…

 Nic więc dziwnego, że naukowcy ścigają się w racjonalnych wytłumaczeniach. Wszyscy je lubimy, bo dają poczucie bezpieczeństwa.  Choćby i największe cuda i dziwy można przecież podeprzeć którąś z naukowych teorii. Déjà vu to nieharmonijność prawej i lewej półkuli, więc, istotnie, już to przeżyłeś, jakąś nanosekundę temu. 

Potrzeba kontrolowania rzeczywistości jest w nas bardzo silnie zakorzeniona. To bardzo ludzkie szukać wyjaśnienia.

Ale wiecie co, może nie wszystko trzeba wiedzieć, nie wszystko rozumieć, nie na wszystko mieć dowody. Może czasem warto zostawić rzeczy takimi, jakie są. Bez zbędnych analiz, ironicznych uśmiechów, kiwania głową.

Wszak, są rzeczy na niebie i na ziemi, o których nie śniło się naszym filozofom.

Tak jak na przykład historia Vesny Vulovic. Albo czyjeś przeczucia.

Wierzę Damásio’emu, jeśli chodzi o próbowanie nowych dań, sporty ekstremalne czy decyzje związaną z miejscem zamieszkania. Wierzę w naukę, ale wcale nie mniej wierzę w to, że powinniśmy pogodzić się z tym, że nie wszystko da się wyjaśnić.

Co Wy na to? Jesteście team szkiełko czy oko?

 

Podobało Ci się? Podaj dalej!

NIECH SIĘ NIESIE!