Feministki, co z Wami?

Co z nami?

Pamiętam Czarny Protest. Deszcz zacinał w każdą stronę, zupełnie tak jak dziś. Mżawka rozmazywała szminki i napisy na plakatach, a my wydawałyśmy się wcale tego nie zauważać.

Pamiętam dwie małe dziewczynki, które, przy niewielkiej pomocy mamy, podtrzymywały czarny transparent z białym napisem: Girls Just Want to Have Fundamental Rights i zatęskniłam za czasami, kiedy wystarczał nam po prostu fun.

Od tamtego protestu minęło sporo czasu, a funu jak nie było, tak nie ma. Dwie małe dziewczynki nie zdążyły uzmysłowić sobie, co tak naprawdę niosły w małych, zmarzniętych rączkach, ale coś mi mówi, że wkrótce będą mogły się o tym przekonać.

Nie miałam przy sobie czarnej parasolki, zamiast niej wzięłam ze sobą kilka ton wiary w to, że SIĘ UDA. No bo, kurcze, żyjemy w samym sercu Europy, nasi sąsiedzi popalają trawkę na ślubie swoich homo przyjaciół, więc jakim prawem my musimy moknąć na rynkach i zdzierać gardła do krwi, dopominając się o tak podstawowe prawa?

Przecież świat idzie do przodu. Przecież ludzie są teraz bardziej otwarci. Przecież żyjemy w Europie.

Chciałam być na bieżąco, więc zapisałam się do kilku grup i dałam „lajka” paru fanpage’om, które podejmowały tę tematykę. Czułam się zobowiązana, żeby uświadamiać mniej zaangażowane koleżanki, bo w końcu wiedziałam więcej. Bo dobrze być feministką. Bo feminizm to świadomość.

Śmiałam się, słysząc powielane stereotypy. Było mi autentycznie wstyd za inne kobiety, które nie reagują na to, co dzieje się na naszych oczach.

Było mi wstyd za kobiety, którym jest wszystko jedno i nie widzą (albo nie chcą widzieć) zagrożenia, jakie niesie ze sobą obecny stan rzeczy. Bo niesie, dla nas wszystkich, bez względu na to, jakie mamy zdanie na temat aborcji.

Z pewną dozą bezsilności patrzyłam na mężczyzn, którym na hasło FEMINISTKA oczy wywracały się białkami do przodu, ale każdemu z osobna starałam się, jak ta głupia, wyjaśnić, o co właściwie nam chodzi. Że golimy nogi, co więcej – pieczemy nawet ciasta z jabłkami, ale nie potrafimy pogodzić się z tym, ile niesprawiedliwości spotyka nas w XXI wieku. Że nie zgadzamy się na niższe płace i na to, że aktualnie rząd chce odebrać nam prawo do decydowania o sobie. Że dla większości z nas aborcja nie jest okej, ale jednak bardzo nam zależy na dostępie do badań prenatalnych. Że mamy dość dyskryminacji płciowej i molestowania, ale nie ma to nic wspólnego z nienawiścią do mężczyzn.

Z zapartym tchem śledziłam najnowsze doniesienia, które, z każdym kolejnym postem stawały się coraz mniej poważne i chwilami można było odnieść wrażenie, że to, co naprawdę nas trapi, to różowe opakowanie z orzeszkami dla żony kibica. Gołąbki sygnowane podpisem „For men” i reklama okularów przeciwsłonecznych, gdzie wyróżnione zostały modele „dla mężczyzn”, „dla mam” i „dla dzieci”.

Podczas gdy problem, który niesie realne zagrożenie, nie ma dostatecznej siły przebicia.

Bo, dziewczyny, z całym szacunkiem, ale nie są nim seksistowskie reklamy studia tatuażu czy publiczne wynurzenia ćwierćinteligentów. Przynajmniej na razie.

Zaburzony obraz kobiety w mediach niestety dotyczy nie tylko nas, Polek, a jednak nie wszędzie dzieją się takie jaja. Ja osobiście w żaden sposób nie utożsamiam się z modelem głupiutkiej kobietki z reklamy sklepów RTV, może dlatego łatwiej mi złapać dystans. Tym bardziej, że powiedzmy sobie szczerze – jest gro kobiet, które na co dzień reprezentują właśnie taką taką retorykę i wydają się być całkiem zadowolone. Co więcej – wcale nie chcą być ratowane.

Nie wyobrażam sobie też, żeby mój mąż przybiegł do mnie zapłakany, bo taka czy inna reklama traktuje mężczyzn przedmiotowo albo sugeruje, że nie radzą sobie nawet z robieniem zakupów, a przecież wystarczy włączyć telewizor, żeby przekonać się, że drugiej strony również się nie oszczędza!

Prawdziwy problem to tabletki 72 h po, do których, dzięki bandzie popaprańców, przylgnęła łatka wczesnoporonnych, mimo że podstawowa wiedza z zakresu biologii obala te teorię w jakieś siedem i pół sekundy.

Prawdziwy problem to fakt, że pięć szpitali z rzędu odmawia wypisania recepty, zasłaniając się klauzulą sumienia, choć wszyscy doskonale wiemy, o czyje sumienie chodzi.

Lekarze w wolnej Polsce  boją się wydawać recepty, bo są jawne, co oznacza, że ma do nich dostęp NFZ (i proboszcz, jeśli się postara), więc najzwyczajniej w świecie nie chcą się narażać, żeby nie stracić pracy. Czujecie ten obłęd? Okazuje się, że coś, co miało być furtką dla garstki ludzi, stało się pretekstem do manipulacji.

Prawdziwy problem to młoda kobieta, której wmawia się, że na pewno jest już w ciąży i chce zrobić krzywdę nienarodzonemu jeszcze dziecku. Albo insynuuje się, z niekrytym obrzydzeniem i pogardą, że do szpitala „przyjechała prosto z imprezy”.

Więc, nie wiem, dziewczyny, ale wydaje mi się, że musimy coś zrobić. Natychmiast. Bo orzeszki orzeszkami, jednych rażą, drugich kręcą, ale PALI SIĘ. A jak się pali, to trzeba ten pożar gasić, a nie podlewać kwiatki.

 

Udostępnij. To musi się nieść.