Uważaj na to, czego zazdrościsz

Wynajmowaliśmy mały, obskurny pokoik w bardzo nieciekawej okolicy. Zielona tapeta w liście nie miała nic wspólnego z egzotycznym designem, który  króluje w aranżacji współczesnych wnętrz i to nie tylko dlatego, że odklejała się gdzieniegdzie, ukazując pożółkłe ściany.

W rogu pokoju stał mały telewizor, który odbierał tylko sześć kanałów, z czego trzy były TVP1.  Zdarzało się, że w trakcie kąpieli tynk spadał mi prosto na głowę, a łóżko było tak niewygodne, że gdyby nie ten cholerny tynk, wolałabym już chyba spać w wannie.

Kiedy po pół roku koczowania w tych spartańskich warunkach pojawiła się możliwość zmiany mieszkania pokoju, płot otaczający jej niebiański biały domek przybrał kolor niebieski, idealnie zgrywając się z okiennicami.

Postanowiłam tchnąć w to nowe wnętrze trochę życia, dlatego na wyprzedaży kupiłam kilka fikuśnych doniczek, w których zasadziłam świeże zioła. Woń bazylii i mięty miały nastrajać mnie podczas porannej kawy, którą piłam siedząc na kuchennym blacie z powodu braku stołu.

Uschły, nim zdążyłam uraczyć się pierwszym mohito. Ot, uroki mieszkania na ostatnim, dziewiątym piętrze, przynajmniej nie musiałam martwić się, że nie stać mnie na saunę. Ani biały rum.

Tymczasem ona zbierała pierwsze plony ze swojego ogródeczka – czerwieniuśkie pomidorki, rzodkiewki i sałata idealnie komponowały się ze słonecznikami, które zasadził dla niej mąż. Jeden słonecznik na każdy miesiąc, który spędzili wspólnie.

Znudzeni powtórkami Doktor G na Discovery postanowiliśmy pójść o krok dalej. Nie byłam gotowa na powiększenie rodziny, ale M. obiecał, że weźmie na siebie wszystkie czynności pielęgnacyjne i tak oto staliśmy się posiadaczami najpiękniejszej, najmądrzejszej i najbardziej rozpieszczonej… świnki morskiej.

W tym samym czasie na świat przyszło jej pierwsze dziecko, a młode macierzyństwo zdawało się być najlepszym, co mogło jej się przydarzyć. Promieniała. Na zdjęciach z Wenecji, filmikach z Paryża, kolażach z Dominikany i ujęciach z własnego tarasu, który wyglądał jak wycięty z Pinteresta z łapaczem snów, wielkim hamakiem i siecią kolorowych lampek.

I niby człowiek wie, że podpatrywanie innych nie prowadzi do niczego dobrego. Że od takiego porównywania można nabawić się co najwyżej wrzodów żołądka i kompleksów, ale z drugiej strony…. Trudno nie czuć frustracji, kiedy mimo usilnych starań czwarty raz w tym tygodniu jesz naleśniki, bo jajka, mąka i dżem od babci to jedyne produkty, jakie posiadasz. Trudno kultywować wdzięczność w momencie, kiedy nawet Twojej śwince morskiej wydaje się powodzić lepiej niż Tobie.

Jakiś czas temu ją spotkałam. Wyglądała olśniewająco w tym beżowym płaszczyku ściągniętym paskiem, długi kraciasty szalik osłaniał jej rumiane policzki, a oczy lśniły spokojem. Trzymała za rękę swoją kilkuletnią córeczkę, która wyglądała jak mała kopia swojej mamy.

– To niesamowite, jak bardzo wydajesz się szczęśliwa! – powiedziałam po krótkiej wymianie uprzejmości typu naBogaTysięwcaleniestarzejeszomatkojakdawnoCięniewidziałam.

– Bo jestem! Jestem cholernie szczęśliwa! Teraz już jestem!

– Teraz? A to kiedyś nie byłaś? – starałam się nadać pytaniu żartobliwy ton.

– Wiesz… – jej oczy posmutniały o cztery tony, a w głosie można było dostrzec delikatne drżenie – rozwodzę się. Po latach upokorzeń, alkoholu i przemocy pod każdą postacią nareszcie podjęłam decyzję, żeby odejść. Dziś podpisałam umowę wynajmu mieszkania. To tylko 30 metrów, ale w zupełności wystarczy dla mnie i dla małej.

*

W nocy myślałam o świecie. Starałam się wykrzesać z siebie tyle wdzięczności, ile to tylko możliwe. Za teraźniejszość i te wspaniałe czasy naleśników z konfiturą różaną. Za nocne seanse na małym czarno-białym odbiorniku. Za to, że na niewygodnej kanapie był ktoś, kogo miłość mogłaby zastąpić wszystkie cholerne elektrownie tego świata.