Dokąd zmierzasz, Netfliksie?

Doskonale pamiętam dzień, w którym dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak Internet.  Nie miałam co prawda pojęcia, jak się tam dostać, ale entuzjazm w głosie pana z reklamy pozwalał mi wierzyć, że gdzieś tam istnieje magiczny świat kolorowych obrazków, w którym Fox Kids nigdy nie zmienia się w kanał z niskobudżetowymi  westernami z lat 80′ z panami, którzy mają chmurne miny.

Pierwszą myślą była oczywiście telegazeta, gdzie, za pomocą prostych  kombinacji cyfr na pilocie, można było nie tylko sprawdzić program, ale i dowiedzieć się, co czeka Cię w najbliższej przyszłości (niech żyje wróżka Cesaria!), a nawet… znaleźć anonse towarzyskie z najbliższej okolicy. Tak, tak, moi drodzy. Nie docenialiście swoich pilotów, a okazuje się, że roznosiły po świecie cyfrową miłość na wiele, wiele lat przed Tinderem.

Były to jednak czasy, kiedy chciałam po prostu układać puzzle z podobizną Ludwiczka od świtu do zmroku, sprawdzić, co nowego u rodzinki Adamsów, a przede wszystkim dowiedzieć się, czym jest ta cholerna małpa. Niestety za nic nie umiałam znaleźć na pilocie skrótu www.

Później sprawy potoczyły się dość szybko. Pewnego zimowego popołudnia w naszym domu pojawił się mężczyzna w pomarańczowym kombinezonie i osiem dziur w ścianach później mogłam właściwie odinstalować Pasjansa.

Do czego służył nastolatkom Internet na kilka lat po końcu świata w 2000?

Otóż, stawiałam pierwsze kroki w piractwie, namiętnie ściągając piosenki z BearShare. W spamerstwie – zmieniając opisy i statusy na gadu-gadu średnio co godzinę. W stalkingu – wpisując nazwiska wszystkich znajomych w wyszukiwarkę. Podbijałam świat internetowych czatów i dużo czytałam.

Internet, ku najszczerszemu zdziwieniu, wcale nie odmienił mojego życia – nie uzależnił mnie, nie wprowadził w cyberświat Sodomy i Gomory, przed czym przestrzegał ksiądz na religii i nie sprawił, że zrezygnowałam z analogowych znajomości, bo powiedzmy sobie szczerze… nie za bardzo było co w tej sieci robić.

Do czasu.

Bo przez te kilkanaście lat naprawdę dużo się pozmieniało. Dziś Internet jest rozkładem jazdy, książką kucharską, lekarzem, biblioteką, kasynem, albumem rodzinnym, tą uroczą kawiarenką, do której zwykłaś chadzać na pierwsze randki, bankiem, galerią handlową i galerią sztuki. Otworzył przed ludźmi zupełnie nowe perspektywy do zarabiania pieniędzy, ale i pozamykał kilka nieźle prosperujących biznesów, jak na przykład wypożyczalnie kaset i płyt DVD.

Pamiętacie to jeszcze? Żeby obejrzeć film, trzeba było tłuc się na drugi koniec miasta, a i tak koniec końców okazywało się, że dosłownie kilka minut przed tobą ktoś go wypożyczył i proszę próbować po weekendzie. Więc brał człowiek cokolwiek, żeby nie wracać z pustymi rękami i wieczór kończył się na komedii z Meg Ryan.

A później do akcji wkroczył Netflix

Z tym swoim abonamentem przez miesiąc za darmo, intuicyjnymi kategoriami i podpowiedziami – nie przesadzę, jeśli napiszę, że zrewolucjonizował światowe kino. Pojawił się w doskonałym momencie, akurat wtedy, kiedy naziemna telewizja sięgnęła dna pytaniem Dlaczego ja!?. Pojawił się i został, co więcej, dla wielu młodych osób jest to jedyna telewizja, z której korzystają. Wcale mnie to nie dziwi – jest znacznie atrakcyjniejszy cenowo od większości telewizji cyfrowych, oglądasz, co chcesz, kiedy chcesz, a w dodatku nie musisz czekać tygodnia na kolejny odcinek serialu. Bawi jak Grace and Frankie, szokuje jak Orange is new black, przenosi w słodki świat beztroski kontynuacją Pełnej chaty, aż w końcu zmusza do refleksji jak Czarne lustro.

Mnie tę refleksję przyniósł dziś film Czarne lustro: Bandersnatch.

Ale od początku

Kojarzycie to uczucie, kiedy bohater filmu stoi przed podjęciem jakiejś ważnej decyzji, a Wam chce się krzyczeć, żeby naprowadzić go na właściwie rozwiązanie? Nie wychodź za niego, on Cię zdradza! Szafa! Zajrzyj do szafy! Nie idź tam! Brzmi znajomo?

W Bandersnatch możecie to zrobić. Jest to serial interaktywny, w którym to Wy jako widzowie macie wpływ na przebieg fabuły, wybierając wśród dostępnych opcji, dzięki czemu jesteście odpowiedzialni za zakończenie historii.

– Mądry wybór może prowadzić do triumfu, natomiast podążanie niewłaściwą ścieżką, może zakończyć się katastrofą – ale nie my jesteśmy od tego, żeby mówić, co jest złe. Gdy jedna wersja wydarzeń dobiegnie końca, możesz (i powinieneś!) – cofnąć się do początku i wybrać inne rozwiązanie, które pozwoli zmienić ścieżkę historii, a może nawet jej wynik – informuje Netflix.

Czy spodobał mi się ten rodzaj kina?

Zdecydowanie TAK! Jest to coś zupełnie innego, niż dotychczasowe filmy i seriale. Angażuje widza, pokazuje zupełnie nową jakość i choć sama tematyka odcinka niekoniecznie przypadła mi do gustu, na pewno obejrzę kolejne interaktywne produkcje.

Jednak oprócz fali zachwytu pojawia się u mnie pytanie: czy to właśnie jest przyszłość kinematografii? Jaki będzie następny krok? Czy będą to zapachy wydobywające się z ekranu czy może z własnej kanapy będziemy mogli przenieść się do samego serca fabuły?

 

Jestem bardzo ciekawa Waszego zdania na ten temat! 

Lubicie takie nowinki czy jesteście wierni raczej tradycyjnemu kinu?