Z jakiegoś powodu nie urodziłeś się niedźwiedziem

Do świąt jakoś leci. Lukrowanie pierniczków, doprawianie farszu na uszka, zasłuchiwanie się w starych amerykańskich piosenkach świątecznych, zachwycanie się bombkami w kształcie szklanych pantofelków, francuskich makaroników i donutów z brokatową posypką we wszystkich kolorach tęczy, aż w końcu – maraton po sklepach w celu odkrycia najskrytszych świątecznych marzeń najbliższych. Glögg z imbirem, cynamonem i gwiazdkami anyżu, froterowanie podłogi, firmowa wigilia i odwieczny dylemat: z dekoltem, żeby dowalić szefowej czy bez, żeby zachować posadę. Pakowanie prezentów, bo jak już nie udało się spełnić najskrytszych marzeń, to niechże się chociaż jakoś prezentują pod tą choinką, wybór choinki, skrócenie czubka choinki, kiedy okaże się, że jednak nie mieszkasz w pałacu, co mógłby sugerować szklany pantofelek, który powiesiłaś na honorowej gałązce. Świąteczny rajd od domu do domu (tu szczególnie zrozumieją mnie wszystkie wszystkie dzieci rozwodników), całusy pod jemiołą, ale pięknie biało się zrobiło, selfie przy jodle, selfie znad barszczu, kontrolne selfie, które jasno mówi: owszem, przytyłaś.

Do świąt wszystko skrzy i migocze, lukier leje się strumieniami, a Mariah Carey w swoich pięciu oktawach i czerwonym kombinezonie jest tak przekonująca, że w ogóle nie w głowie ci, że…

Do wiosny pozostały jeszcze jakieś trzy, może nawet cztery miesiące.

Zdajesz sobie z tego sprawę dopiero w styczniu, kiedy okazuje się, że choć rzeczywiście dnia zaczęło przybywać, na razie nie ma co liczyć na spektakularne efekty.

Blue Monday, który jest bardziej smutny, niż niebieski

Nie bez powodu Blue Monday, czyli najsmutniejszy poniedziałek w roku wypada właśnie w styczniu. Jest to składowa trzech czynników – meteorologicznego (bo zimno i ciemno), psychologicznego (kolejny rok nie rzuciłam palenia) i ekonomicznego (serio nabrałam przed świętami tyle zaliczek!?) – które potwierdzone są algorytmem. W tym roku Blue Monday wypada 21 stycznia, co mam zamiar uczcić niebieską sukienką i smokie eye’em, ale już teraz wśród społeczeństwa widać obniżony nastrój.

Nic wielkiego, po prostu trzecia kawa nie działa, żart jakoś tak delikatnie przygasł, a widok za oknem budzi większą nostalgię, niż reklamy pampersów. Zamiast jaglanki z granatem do pracy przynoszą drożdżówki, a w słuchawkach rozbrzmiewają piosenki o ko(ń)cu.

A jak jest u Ciebie?

Jeśli jesteś #teampierzyna i marzysz o tym, żeby obudzić się mniej więcej na równi z pierwiosnkami (o ile ta nazwa nie jest podpuchą i rzeczywiście oznaczają wiosnę :)), pomyśl o tym w trochę przewrotny sposób.

Czy jeśli . . . . . . .  (panuje zupełna dowolność, wstaw sobie tutaj co tylko chcesz – peace!) chciałby, żebyś hibernowała przez cały kwartał, nie byłabyś przypadkiem… niedźwiedziem?

Wiosna nadejdzie. Zawsze nadchodzi, więc może zamiast marudzić, że zimno, że cimno, że nic ci się nie chce, łykniesz dwa trany, trzy witaminy D i zrobisz coś dla siebie?

Okej. Postanowione. Cieszę się, że myślimy podobnie! Tylko… co to będzie?

Ja na przykład zimą chciałabym rozwinąć mój blog, więc jeśli mój tekst zmotywował cię albo chociaż rozśmieszył – udostępnij go – Kaźmierz i ja będziemy ci dozgonnie wdzięczni. Kupiłam też piłkę do pilatesu, mam do nadrobienia z dwadzieścia książek z poprzedniego lata, więc coś tam się znajdzie.

Koniecznie dajcie znać, jakie macie plany na zimę!