Nienawiść zaczyna się od słów

Kości obojczykowe połyskiwały, muśnięte rozświetlaczem i sierpniowym słońcem. Chłodny granat na jej sukience subtelnie przeszywany gdzieniegdzie srebrną nicią przynosił na myśl rozgwieżdżone letnie niebo podczas nocy perseid. Kostki lodu pobrzdąkiwały z gracją w jej ginie z tonikiem za każdym razem, kiedy przyspieszała nieco kroku. Jej głos, słodki jak czerwcowe truskawki z cukrem trzcinowym i śmietaną, melodyjny i niewinny, stanowił idealne tło do męskich rozmów przy wódce. Mówiła bardzo niewiele, być może dlatego, że była jedyną kobietą w kilkuosobowej grupce znajomych. Przeważnie jej obecność ograniczała się do flirciarskiego śmiechu w odpowiedzi na niewybredny żart któregoś z mężczyzn. Żaden z nich nie miał już na sobie marynarki, a wymiętolone koszule były luzacko wyjęte ze spodni.

Lód w moim ginie z tonikiem całkiem się rozpuścił, wbijałam więc słomkę w cząsteczki limonki, szukając w jej cierpkim posmaku choćby odrobiny orzeźwienia. Góralska kapela weselna zagłuszała co prawda cykanie świerszczy, ale mimo wszystko bawiłam się całkiem nieźle, pozwalając, żeby letni wiatr poluźnił mi trochę kok. Upajałam się cukrową aurą ostatnich tygodni wakacji i gorzkim smakiem ostatnich łyków ginu.

Grupa, którą obserwowałam wcześniej podeszła blisko mnie, zbliżając się do drzwi wejściowych, przy których siedziałam. Zerknęłam na szklankę dziewczyny w rozgwieżdżonej sukience i pomyślałam, że pewnie idzie do środka po kolejnego drinka. Gadali o czymś dość głośno, śmiejąc się, klnąc i gestykulując.  W pewnym momencie usłyszałam, jak dziewczyna wypowiada słowa:

– Czarnuchy i Żydy, wypierd*&^*, asfalt powinien leżeć na ulicy. 

– Najlepiej przygnieciony walcem – dodał mężczyzna po lewej.

– Oj stary, nawet nie sobie nie wyobrażasz, jak chętnie bym jakiegoś przejechała.

Przyjrzałam jej się raz jeszcze. Nie była wcale taka śliczna, jak wydawało mi się na początku.

*

Kraków nocą dudni hamowaniem tramwajów i śmiechem pijanych ludzi ze wszystkich zakątków świata. Weszliśmy do małej knajpki w podziemiach starej kamienicy.

Już po kilku pierwszych stopniach dało się usłyszeć śpiew. Ale nie był to taki zwykły śpiew pijanych ludzi na karaoke, którzy bełkoczą coś łamanym angielskim, czkając w membranę, a Can you feeeeeeeeel the love tonight  (tooonight) wykonane tak profesjonalnie, że przez chwilę poczułam się jak na planie Króla lwa. Nawet zaczęłam rozglądać się za stadem hien czyhających na mnie przy barze.

Kiedy wróciłam do stolika z kuflem lagera, jeden z moich towarzyszy wycedził przez zęby: Wychodzimy stąd. Tu są sami Ukraińcy. Nie będę siedział w jednej knajpie z tym śmierdzącym bydłem.

Hien co prawda nie było przy barze, ale to nie oznacza, że nie było ich tam wcale. Z dwojga złego wybieram bydło.

*

– A jak się wiedzie Fredzi? Wciąż za oceanem? – zagaduję, a twarz mojego rozmówcy najpierw przybiera barwę rzodkiewki z ekouprawy,  a po chwili całkiem blednie.

– Powiem Ci tak – nie mam już siostry! Zhańbiła całą naszą rodzinę, zaręczając się z  tym ping-pongiem.

– Z ping-pongiem? – słyszałam o kobiecie, która wzięła ślub z Murem Berlińskim, ale zaręczyny z dyscypliną sportu?

– No z żółtkiem. Chińczykiem czy tam Japończykiem. Czaisz? Jej dzieci na niedzielny obiad będą jeść psy, także pilnuj tego swojego tłuścioszka, hehe – wskazał na mojego psa.

*

W gruncie rzeczy to są mili ludzie – brunetka z niebem na sukience, gość z wyczulonym węchem i obrońca praw zwierząt – płacą podatki, chodzą ze święconką, pomagają swoim babciom wnieść zakupy na czwarte piętro i nie zapominają o tym, żeby przekazać swój 1% organizacji non-profit.

Jeden z nich maluje piękne obrazy. O, takie jak ten tutaj.

Obraz namalowany przez Hitlera w 1913 roku

Udostępnij, jeśli nie zgadzasz się na taki świat.