Gwiazdki i róże

Pamiętam swoją pierwszą spadającą gwiazdkę. Sunęła przez niebo bez pośpiechu, kilka razy zatrzymywała się po drodze, żeby spojrzeć w lewo, a następnie w prawo. I znowu w lewo. I na Wenus, Merkury, i w stronę Marsa. Jak gdyby wiedziała, że podejmowanie decyzji nie jest moją mocną stroną.

*

Może zauważyłam ją dlatego, że wystawała nieco ponad trawę.  Może wyrosła tuż pod złotówką, którą mama zrzuciła mi z balkonu albo potknęłam się o nią w drodze na obiad, nie wyrabiając na zakręcie po którymś meczu w bejsbol za blokiem.

Ostrożnie złapałam za łodyżkę. Wystarczyło jedno energicznie szarpnięcie i trzymałam w dłoni przepustkę do całego wszechświata. Jeszcze raz przeliczyłam listki. Jeden, dwa, trzy… Cztery, na pewno są cztery. Jestem gotowa.

*

Nigdy nawet nie starałam się kontrolować swoich marzeń. Pozwalałam im wzrastać w swoim tempie, jak gdyby były krzewem dzikiej róży. Bez tyrady dobrych rad ze szczerego złota. Bez korygowania błędów. Bez spojrzeń, za których pobłażliwością kryje się politowanie.

Nie ma na świecie lepszej konfitury niż ta z róży. Wystarczy odrobinka na czubku łyżki, żeby wafle sklejone kajmakiem z puszki zamieniły się w wytworny deser. Czuję trudny do wyjaśnienia komfort, wiedząc, że w starej skrzynce przemalowanej z zielonego na biały wciąż mam ukryty jeszcze jeden słoiczek.

Podobnie jest z moimi marzeniami. Lubię, jak pokonują kręte korytarze moich myśli i, choćby większość z nich miała się nigdy nie spełnić, jestem im wdzięczna za to, że są. Te banalne, jak pierogi z jagodami i śmietaną i te całkiem duże, które nie mieszczą się nawet do kieszeni płaszcza z dużymi kieszeniami, w których mieści się wszystko.

Tulę je do snu, z rozczuleniem patrzę, jak wzrastają. Do niektórych nawet czasem się uśmiecham, ale nigdy, przenigdy, nie próbuję z nimi dyskutować. Ufam, że wiedzą, co robią.

Nie wszystkie się spełnią. Część wpadnie nie w porę, kiedy zupełnie nie będę na to gotowa. Niektóre wespną się się po ogrodzeniu do sąsiadów i będę zmuszona odwracać wzrok za każdym razem, kiedy zobaczę jak cudownie rozkwitają za płotem u kogoś innego.

Jeszcze inne będę musiała samodzielnie zerwać, przebrać, utrzeć makutrą i zagotować z cukrem. Zupełnie nie wiem, jak się to robi. Nikt nie uczył mnie, jak spełniać marzenia. Znając życie, wpadnę na genialny pomysł, żeby dodać do nich trochę cynamonu, co okaże się fatalnym posunięciem. Pewnie coś przypalę, nie dosłodzę. Ale jestem im to winna. Za każdą gwiazdkę, która niespiesznie spadała z nieba, dając mi czas do namysłu.