Co zoperować sobie w 2020?

– Ale tu ciocia ładnie wyglądasz! – aż przyklasnęła w te swoje pulchne łapki, uśmiechając się tak szeroko, że Wróżka Zębuszka, jeśli była wtedy w okolicy, prawdopodobnie zaczęła powątpiewać w opłacalność swojego biznesu.

– Serio? Lepiej niż normalnie? – drążyłam, choć odpowiedź była oczywista.

– Nooooooo! Zupełnie inaczej! Mnie też zrobisz takie zdjęcie? A później to z uszami, dobra?

Spojrzałam na jej jasną, promienną buzię. Cerę nietkniętą talkiem i parabenami z pudru w kamieniu. Mleczne ząbki nieposzarzałe od głupiej decyzji podjętej pod presją otoczenia („dobra, jeden papieros jeszcze nikogo nie zabił”). Na naturalnie zaróżowione policzki, fryzurę, w której misternym upięciu musiało chyba maczać promienie samo słońce. Dobre, ufne spojrzenie w błękicie i brwi, które chwilę później zmarszczyła, mówiąc:

– Szkoda, że ja nie mam takiego telefonu jak ty, ciocia. Wtedy też mogłabym pięknie wychodzić na zdjęciach…

My, urodzeni w latach 90′

 

Miałam to szczęście, że przyszło mi dojrzewać bez filtrów, naklejek, presetów i Photoshopa. Widziałam brzydki świat lat 90′, balejaż i tribale w dole pleców. Dania podane tak przeciętnie, że nadawały się co najwyżej do zjedzenia. Meblościankę, wykładzinę, terakotę i Kulfona. Byłam wewnątrz sklepu Społem, a nawet kupiłam tam pączka. Na pierwszą szkolną dyskotekę założyłam bliźniaka, czyli bluzkę i bolerko (!!!) uszyte z identycznego materiału. 

 Po tym wszystkim moja własna twarz nie wydaje mi się niczym nadzwyczajnym, nawet wtedy, gdy szaleje na niej orkan PMS, spałam cztery godziny, a wody gruntowe całego województwa postanowiły tymczasowo przenieść się w okolice moich policzków. A jednak, kiedy muszę zdecydować – z filtrem czy #nofilter, wybór jest oczywisty. No bo czemu by nie podkoloryzować sobie rzeczywistości, nie przypastelić trochę pościeli w zioła z Ikei, nie odmłodzić męża, nie podrasować psa? Nie ma nic złego w tym, że w że chcemy piękniejszego świata, na tym polega estetyzm.

 

Tymczasem Amerykańskie Stowarzyszenie Chirurgów Plastycznych opublikowało wyniki ankiety, z której wynika, że ponad połowa lekarzy przyjęła na konsultacje pacjenta, który był gotowy poddać się operacji plastycznej, żeby w realu wyglądać tak, jak w swoich social mediach. Skala problemu okazała się na tyle duża, że zjawisko zasłużyło na odrębną nazwę.

Snapchat dysmorfia

Jest określana jako zaburzenie psychiczne będące jedną z postaci dysmorfofobii, poważnego zaburzenia psychicznego, które polega na obsesyjno-kompulsywnym przekonaniu o brzydocie własnego ciała. Osoba z dysmorfią wyolbrzymia własne defekty, zdarza się, że urojenia na temat swojego wyglądu uniemożliwiają mu funkcjonowanie w społeczeństwie. Czuje, że jego głowa jest za duża, by mógł cieszyć się pierwszymi dniami wiosny,a  garb na nosie, który z dnia na dzień wydaje się być coraz większy, odbiera mu prawo do miłości, przyjaźni i awansu.

Co ma Snapchat do obsesji?

Nowoczesne technologie zrewolucjonizowały (choć trafniejsze byłoby chyba określenie przefiltrowały) pojęcie współczesnego piękna. Mamy do czynienia z zupełnie nowymi kanonami, które tym razem to już naprawdę są niedoścignione, bo przecież nawet najprecyzyjniejszy skalpel chirurgiczny nie może równać się z cyfrową obróbką zdjęć. Zaczęliśmy dążyć do ideału, który tym razem nawet nie istnieje.

Bo o ile usta Scarlett możemy zafundować sobie właściwie z dnia na dzień, nie sposób dorównać sobie samym z Instagrama. Tam przecież nic nie jest przypadkowe, a suwaki jasności, kontrastu i prześwietlenia czuwają nad tym, żeby każdy wschód słońca,  jak dorośnie, mógł być fototapetą albo pocztówką z wakacji.

Kreujemy w najlepsze tę prawie-rzeczywistość, układamy do zdjęcia prawie-przeczytane książki i oznaczamy w relacjach prawie-przyjaciółki, zupełnie nieświadomi wpływu, jaki wywierają one na nas i naszych obserwatorów.

Oczywiście nie każdy użytkownik Instagrama, Snapchata czy Facebooka zachoruje na dysmorfofobię. Zdecydowana większość nie odczuje negatywnych skutków życia w social mediach. Będą i tacy, dla których świat ten przyniesie same korzyści.

Osobiście nie zamierzam rezygnować z obecności w sieci, choć przyznaję, że od czasu rozmowy z początku wpisu, jestem nieco uważniejsza na to, jaki wizerunek swojej osoby publikuję. Dla mnie (i pewnie dla wielu z Was) social media to ciekawostka, którą poznałam jako dorosła, w miarę ukształtowana osoba. Nie spodziewam się, że  lustro nad umywalką w łazience dla odmiany pokaże mi twarz okraszoną filtrem Crema.  Rzecz w tym, że  wiek, w którym dzieci zaczynają korzystać z Internetu z roku na rok jest coraz niższy, dlatego tak ważna jest Ś W I A D O M O Ś Ć i kreowanie zdrowych wzorców.

Bo wiecie, dziewczynka z dialogu na początku wpisu ma osiem lat. Dlaczego miałaby akceptować siebie, skoro nawet najpiękniejsi dorośli nakładają na swoją twarz filtr Barbie, żeby tylko nie konfrontować się z prawdą o sobie?

Jestem ciekawa Waszego zdania na ten temat. Potraficie powstrzymać się od upiększania świata filtrami? A może przesadzam i drobny filterek jeszcze nikomu nie zaszkodził?